| Opowieść wigilijna, czyli niesforny karp Karol |
|
|
|
| Wpisany przez MAX |
| wtorek, 11 grudnia 2007 07:17 |
Wgilia to dzień szczególny i wyjątkowy. Właśnie wtedy ubieramy choinkę i przygotowujemy jedzonko na wieczerzę. Ja w tym dniu staram się znaleźć chwilę czasu i odwiedzić grób moich Rodziców. To był 1989 rok. Wtedy miałem tylko jedno miejsce do odwiedzin ( mama jeszcze miała się dobrze). Grób mojego Taty. Rano z córką ubrałem choinkę, przygotowałem karpie do smażenia. Żona krzątała się w kuchni. Olu jadę do Taty - powiedziałem. Wychodząc usłyszałem.
– Tylko szybko wracaj, bo jest bardzo zimno.
Na cmentarzu trochę ogarnąłem nagrobek, zapaliłem znicze, pogadałem z moim Tatą, odmówiłem modlitwę za zmarłych i postanowiłem wracać do domu. Szedłem zamyślony alejką cmentarza i nagle słyszę.
- Max poczekaj. Rozejrzałem się dokoła i cóż widzę. Krzysiek, kolega ze szkoły. Dowiedziałem się, że jego Mama zmarła w tym roku, krótko po moim Tacie. Zaczęliśmy opowiadać sobie, co u nas, bo nie widzieliśmy się ładnych parę lat. Na przystanku autobusowym było pusto. Rozkład jazdy ktoś zabrał sobie do domu, zimno jak diabli, autobusu nie widać. Krzysiek tupał i podskakiwał, żeby się rozgrzać. Przejdziemy na następny przystanek. Co tak będziemy tu stać? Poszliśmy. W połowie drogi minął nas nasz autobus. Zły byłem jak diabli. Doszliśmy na przystanek. Tu rozkład jazdy był. Kurde, autobus dopiero za 40 min. Naprzeciwko przystanku w tamtych czasach była knajpa „Bar podmiejski” -Chodź strzelimy po lufie dla zdrowotności, powiedział Krzysiu. -Panie starszy dwie lufki i jakiegoś śledzika. Wypiliśmy, pogadaliśmy, Krzysiek, zapłacił. Wychodzimy, a tu autobus brum-brum. Następny znowu za jakiś czas. Wracamy. Ja stawiam. - Szefie jeszcze raz to samo. Wychodzimy. Autobusu nie widać. Idziemy, więc dalej. Rozgadaliśmy się na dobre a w tym czasie autobusy mijały nas jeden po drugim. Po drodze było jeszcze kilka knajpek, więc jak znaleźliśmy się na deptaku w centrum miasta nóżki zaczęły chodzić nam nie tam gdzie my chcieliśmy. Przy następnej restauracji usłyszałem. -Jak to dobrze, że cie widzę. Pomóż. To kolega z pracy błagał o pomoc. Jego żona sprzedawała karpie z tzw. „szczęki”. To taki rozkładany, metalowy stragan. -Maksiu, zamarzło ustrojstwo i za chlerkę nie mogę tego zamknąć, tłumaczył kolega. My z Krzysiem po szkole mechanicznej, choć zdrowo zawiani przystąpiliśmy do akcji. Udało się. -Max zaczekaj. Dam ci karpia. Kolega zaczął rąbać lód w beczce, w której były karpie. Po chwili wyłowił takiego 1, 5 kg. - Ale nie mam go w co zapakować, bo szczęka już zamknięta. Co tam wziąłem rybkę bez opakowania i poszliśmy dalej. Po drodze była następna knajpa. Restauracja rybna „Kalmar”. Weszliśmy. Położyłem karpia na blacie baru, bo dłoń prawie przymarzła mi do ryby (rękawiczki gdzieś zdarzyłem zgubić) i poprosiłem barmankę o dwie setki. -Panie zabierz pan tego gada z kontuaru, usłyszałem. -To nie jest gad proszę pani, powiedział Krzyś. To ryba. -Tu nie wolno wchodzić z rybami, darła się barmanka. -Nie…? Czy ten bar nazywa się rybny? Gdyby był psi, to przyszlibyśmy z psem. Zresztą tam było napisane „Psom wstęp wzbroniony”, czy coś takiego. A to nie jest pies. To zwierzątko ma na imię Karol i właśnie zasnęło. Proszę tak nie krzyczeć, bo się obudzi a wtedy może być całkiem nieobliczalne. Ten gatunek karpia jest bardzo agresywny.Barmanka ze złością cisnęła jakąś gazetę na blat baru. - Proszę go położyć na tym. - Ok. powiedziałem, kładąc Karola na gazecie. -Będziesz teraz czytał drogi Karolku, czy weźmiemy tę prasówkę do domu? -Nic nie mówi – powiedział Krzysiu, to pewnie się zgadza. Barmanka leciutko się uśmiechnęła i podała nam wódkę. -Zakąski wam nie daje. Macie własną. Wypiliśmy i w drogę. Teraz spostrzegłem, że moje nogi przestają mnie słuchać. Krzysiu też miał z nimi problem. Na następnym przystanku kolega z ławy szkolnej wsiadł do autobusu i odjechał w siną dal. Ja zostałem z Karolem. Na trzecie piętro w mojej kamienicy wdrapywałem się pewnie z pół godziny. Mało tego klucz, którym chciałem otworzyć drzwi zaczął dziwnie jeździć wokół klamki. Mówię do niego. -Do dziurki, a on nie, wszędzie tylko nie tam. Wreszcie jakaś zjawa otworzyła wrota. - Co ty wyprawiasz, usłyszałem?! -Cichutko, bo obudzisz Karola, odpowiedziałem. -Wrzuć go do wanny i prześpij się, bo trzeba nakrywać do stołu. -A ten karp to jest śnięty? Zapytała moja żonka. -Tak kochanie śpi. Raczej go nie budź bo zacznie wariować. Poszedłem do pokoju i zapadłem w sen. Trwało to chyba chwilę, bo zostałem brutalnie obudzony krzykiem. - Zrób coś. - On skacze po łazience. -Kto? Pytam. -Ten twój Karol. -No nie, powiedziałem. Przecież prosiłem żeby go nie budzić. Nie będziesz mi podskakiwał przed moją żonką. Wpadłem do kuchni, złapałem tłuczek do mięsa i do łazienki. -Choć tu. Złapałem karpia i sru tłuczkiem. Trafiłem centralnie i precyzyjnie, oczywiście we własny palec. Karp był znowu na podłodze a mój palec zrobił się nieco większy. Na jakiś czas zapomniałem o rybie i zacząłem użalać się nad biednym paluszkiem, który pytał – za co??? To karp miał dostać. – Co ty tak rozrabiasz i czego wrzeszczysz? –Bo walnąłem się w palucha, nie widzisz. –No widzę. To jest tak jak się coś robi po pijaku. - Kobieto ja już jestem zupełnie trzeźwy. Po takim uderzeniu to nieboszczyk by ożył. Karola oczywiście musiała okiełznać żonka. Wsadziła go do torby foliowej i mówi. –Ubieraj się i odprowadź karpia do domu. -Gdzie??? -Do domu. -Acha, do domu. Ubrałem się wziąłem torbę z Karolem i wyszedłem z mieszkania. Na klatce schodowej usłyszałem jeszcze. –Tylko się nie utop i lepiej już nikogo nie spotykaj. Całe szczęście, że mieszkaliśmy w pobliżu parku o nazwie „Park przyjaźni” w którym był staw. Wypuszczając karpia powiedziałem. Żegnaj Karolku, masz szczęście, że mam dobrą żonę. Jak tu przyjdziemy na wiosnę musisz jej podziękować. Wieczorem zasiedliśmy do kolacji. Ubawiona rodzina docinała mi co chwilę. -Max, może to była „złota rybka?”, -Ile taki karp potrafi wypić? i takie tam. Nie zwracałem uwagi na komentarze. Palec bolał mnie jak diabli a paznokieć zrobił się fioletowy. Wiedziałem, że nigdy nie zapomnę tej Wigilii. Od tamtego czasu zmienił się trochę skład gości przy stole wigilijnym, ale opowiadanie pozostało. |












