| Łyk-end |
|
|
|
| Wpisany przez Halszczak |
| niedziela, 04 maja 2008 17:30 |
|
Tytuł adekwatny do pory. Pierwszy z "długich łikendów" właśnie dobiega końca, o czym świadczą zakorkowane drogi (zwłaszcza wyjazdowe) z miejscowości wypoczynkowych, ustępujący zwolna "szmer" dnia drugiego (a właściwie, któregoś z kolei), tudzież przechodząca niestrawność po zjedzeniu iluś potraw z rusztu.
Dlatego na ostatek tekst (nie mój, znaleziony w starych meilach) z gatunku "ku pocieszeniu...", acz w sam raz oddający moje podejście do jutrzejszego poranka. Bóg dał nam Paryż, Wenecję i zegary art deco. Dał nam poziomki, zamglone świty za oknem kawiarni, dał nam Tomasza Manna oraz Prousta, a także wrzosowiska Irlandii oraz wymyślił bilard i nastolatki, i tysiąc innych rzeczy, takich jak wodospady, „Boską komedię”, fajki, wiersze Rilkego, ulice wysadzane platanami na południu, amerykańskie samochody z lat czterdziestych, pióra Mont Blanc, przewodnik po Grenadzie oraz cognac, gin i whisky, tequille i bordeaux... Dał nam spojrzenia przebudzonych dzieci, entuzjazm psich ogonów witających nas za każdym razem tak samo wiernie, pokazał nam Wielki Kanion i wschody słońca, nauczył nas wąchać kwiaty i kobiety... a to wszystko nie po to przecież, żebym siedział w robocie po 12 godzin, jak jakiś, za przeproszeniem, kutas!
|











