| Szynka konserwowa z zielonego groszku, czyli pancerna konserwa w barwach khaki. |
|
|
|
| Wpisany przez MAX |
| poniedziałek, 07 stycznia 2008 14:56 |
|
- Co tam masz?(!!!) Wrzasnęli koledzy. - Dawaj! - Spokojnie panowie, zaraz zobaczymy. Kolega, który często podwoził prowiant do kuchni obejrzał puszki. - To jest szynka konserwowa. Na bank. Konserwy były bez etykietek. Miały wytłoczony numer. To tak dla niepoznaki, żeby wróg nie wiedział, co w nich jest. - No tak, ale ta jedna ma inną końcówkę. Powiedziałem. - To nic. Na 100% szynka, tylko te dwie pewnie z innej partii. - No dobra. Otwierajcie, ale tylko jedną. Te dwie zabieram do domu. Chłopaki byli w niebo wzięci. Faktycznie szyneczka super. Pojedliśmy jak królowie. Po jakimś czasie dowiedziałem się, że mogę jechać na przepustkę do domu. Fajnie. Moja narzeczona miała w tym czasie urodziny. Kurde faja, ale ja bez kasy. Żołd już dawno wydany. Co tu zrobić? Wiem. Jak pojadę na naukę jazdy podskoczę na wieś pod sklep mięsny i opędzluję tę jedną puszkę szynki. Pójdzie jak woda. Pod sklepem w Kuliszkach tłok był straszny. Mieli coś rzucić, ale jeszcze towaru nie było. Podszedłem spokojnie i mówię. - Mam konserwę do sprzedania. - A co to takiego? - Szynka konserwowa. W tym samym momencie usłyszałem wrzask tłumu. - Za ile to sprzedasz?(!!!) - Nooo nie wiem...(?) Zaczęło się jak na licytacji. Jedna kobieta wrzasnęła. - Ja daje litra bimbru! Druga, a ja dwa mendle jaj! Zrobiło się bardzo nieciekawie. Nagle ludzie się rozstąpili i ukazała się starsza pani w futrze, chyba z lisów, trzymając w ręce zielony banknot. - Tyle wystarczy? Zapytała. Kurka wodna to było 10 dolarów. - Nooo nie wiem? - Co za głupia baba, pomyślałem. Przecież za taką kasę to może kupić kilka konserw w Pewexie. - Masz tu jeszcze dwa do tego i chyba będzie dobrze? Teraz było wszystko jasne. Chce ludziom pokazać, że to ona jest tu panią. A zabieraj babo pomyślałem. Hrabianka jedna. Oddałem konserwę i w nogi. Jaszcze kobitka się rozmyśli? W piątek pojechałem do domu. Zawiozłem oczywiście zdobytą konserwę. Rodzice się ucieszyli. Będzie na niedzielę. Narzeczona miała urodziny w sobotę, więc poszedłem do PEWEKSU, bo przecie wtedy nie było kantorów. Wydałem prawie, no bez kilku centów te 12 dolców. Sobie kupiłem spodnie jeansowe a mojej lubej perfumy. Nazwy już nie pamiętam, ale obrzydliwie drogie. W sobotę dostała je w prezencie. Była zaskoczona skąd biedny wojak wziął na to pieniądze. W niedzielę moja Mamunia kazała zaprosić przyszłą synową na kolację. Wieczorem stawiliśmy się o ustalonej godzinie. Stół był suto zastawiony. - Synku a może sałatki? Zapytała Mama. - Wiesz Mamusiu, że nie lubię. - Ale ta jest pyszna. (No nieeee jeszcze z zielonym groszkiem). Żart jakiś, czy co? - Mamo ja nie lubię groszku. - A szyneczkę z konserwy lubisz? - No pewnie. - No to jedz . Na zdrowie. Zgłupiałem. (???????) Okazało się, że w tej puszce był zielony groszek. - Ja go chyba zabiję! - Kogo? - Ja już wiem kogo. - Ja mu dam świeżą partię. Ekspert od numerków. Wieś, w której sprzedałem ową „SZYNKĘ KONSERWOWĄ” omijałem przez resztę służby. Chłopaki mówili, że jak zatrzymuje się tam samochód wojskowy, to lepiej z niego nie wysiadać. Od tamtej chwili minęło już szmat czasu. Przejeżdżam czasem przez tę wieś. Nigdy nie zatrzymałem się tam nawet na chwilkę. Uraz jakiś, czy cóś ???????????
|









Archiwum



